Bo dziecko-kwiat nosi się w głębi duszy i w zakamarkach umysłu... Zwłaszcza gdy jest się Wodnikiem. Zwłaszcza w Roku Tygrysa. To ma być mój rok podobno. Się zobaczy:).
W bonusie- Moja Pani Fotograf- Enjoy;)
T-shirt/tee- HM Kids
Spodnie/jeans- MNG by Mango - 34
Marynarka/jacket - Principles Petite- xs (swap)
Płaszcz/coat- Zara xs- %
Buty/shoes- Ryłko
Fotki: Milena
niedziela, 21 lutego 2010
poniedziałek, 1 lutego 2010
Mniejsza połowa?
No i przyszedł. Dzień, w którym bliżej mi teraz do 40-stki niż 30-stki…
Czy coś się zmieniło? Czy jestem jakaś inna? Sięgam pamięcią wstecz i nie widzę w sobie jakichś diametralnych zmian, ale to mogą ocenić tylko inni. Upływający czas odmierzam wzrostem moich dzieci, okularami, które zaczęłam nosić podczas tego ostatniego roku i zmarszczkami, które ujawniają się teraz coraz mocniej.
W ciuchach natomiast zaliczam 15 letni zwrot. Chyba pod wpływem tzw. szafiarstwa zaczęłam kupować zupełnie inne ubrania. Nieśmiało stwierdzam, że powoli zaczynam pozbywać się kompleksu patykowatych nóg, a spódnica znów stała się moim podstawowym ubiorem.
Wiem, że bloguję zdecydowanie rzadziej niż inne szafiarki i niewiadomo czy ten blog przetrwa próbę czasu, ale aż korci mnie, żeby zajrzeć za róg przyszłości i zobaczyć jaka będę za rok o tej porze…
Płaszcz/coat/xs- Zara %
spódnica/skirt/xs - H&M %
sweter/sweater/34- TK Maxx %
buty/boots/36 - Quazzi %
leginsy/leggins/xs- Cubus
Foty: Milena
sobota, 23 stycznia 2010
I'm still alive
Zaniedbałam bloga. To fakt. Czasami bywa jednak trudno połapać wszystkie życiowe wątki, tak by nic nie ucierpiało. Czasem zwyczajnie się nie chce, a czasem doba kończy się po prostu zbyt szybko. Mroźna, lodowa wręcz aura nie zachęca do wychodzenia na zewnątrz, a tym bardziej do robienia zdjęć. Jak pięknie byłoby teraz przenieść się nad ciepłe morze, posmakować muli czy krewetek, odurzyć się lampką czerwonego wina i zatrzymać czas choć na chwilę. Myślami przenoszę się więc do poprzednich wakacji i jedyne co mnie trzyma w pionie, to myśl, że czerwiec kiedyś w końcu znów nadejdzie...
Kilka ogłoszeń parafialnych:
1. Militarny płaszcz, który mam na sobie jest dla mnie oczywiście za duży (typowy rozmiar 36) i za kilka dni wystawię go na allegro. Zakupiłam go w internetowym sh. Jeżeli ktoś byłby zainteresowany nabyciem, to śmiało proszę mailować. Kolor czerń wpadająca w granat, stan idealny. Założony przeze mnie dwa razy (w tym raz na potrzeby zdjęć;). Z tego co zauważyłam, to wpisuje się w obecne trendy.
2. Kilkanaście dni temu zgłosiła się do mnie grupka przebojowych nastolatek z Rybnika, które poprosiły mnie o pomoc w organizacji Swapu. Czas to dla mnie towar maksymalnie deficytowy, więc zgodziłam się od razu;). Szczegóły wkrótce.
3. Tytuł notki oczywiście zaczerpnięty stąd. Klasyk lat 90'tych. Dla tych co nie znają pozycja obowiązkowa.
Płaszcz/winter coat - Dorothy Perkins s.8, sh - New Old Fashion
Beret/beret - H&M
legginsy - H&M Kids
buty/shoes- s.36- Prima Moda
golf/sweater - Versus by Versace- sh
spódniczka/skirt- Cubus- xs
Foty: Milena
Etykiety:
Dorothy Perkins,
HM,
prima moda
wtorek, 15 grudnia 2009
Nigdy Cię nie oddam sukienko!
Przy okazji akcji szafiarskiej, organizowanej przez Aife , postanowiam pokazać Wam moją studniówkową "kreację". Jak widać na ten sam pomysl wpadła też Agatiszka:).
W czasach, kiedy miałam 18 lat, nosiłam sie jak dziecko-kwiat, słuchałam Hendrixa, śpiewałam w rockowej kapeli i kontestowałam wszelkie społeczne aktywności, majace na celu próbę jakiejkolwiek uniformizacji. Mało brakowało, a nie poszłabym na studniówkę w ogóle. Jako mały wywrotowiec, który miał tendencje do dosłownego rozumienia niektórych haseł lat 60-tych, nie miałam wówczas nawet stałego chlopaka;). Ostatecznie poszlam sama, dajecie wiarę?. Na szczęście, jak się okazało na miejscu, był tam tez perkusista z naszej kapeli i jakoś razem przetrwaliśmy ten wieczór...
Prawda jest jednak taka, że już wówczas, bardzo, bardzo podobał mi się pewien długowłosy osobnik, który poszedł na ten bal z kimś innym. Nie mogłam mu tego wybaczyć, że nie zaprosił mnie. Co kilka lat zdarza mi się mu o tym przypomnieć;). Z czlowiekiem tym związalam się bowiem jaki miesiąc później i tak jesteśmy razem od 16lat:).
Sukienka, uszyta przez znajomą krawcową, stylistyką nawiązuje do przelomu lat 60-tych i 70-tych. Trochę klimatem zbliżona do niektórych kreacji Twiggy. Był to dla mnie wtedy jedyny akceptowalny fason. Pamiętam, że zalożyłam do niej buty na platformie, a wlosy upięłam w tapirowany kok. Oko miało obowiązkową czarną kreskę...
Sukienka przypomina mi nie tylko o czasach beztroskiego liceum. Stanowi ona dla mnie pewną wartość sentymentalną i punkt startowy mojego dorosłego źycia. Zachowam ją dla córki. W końcu moda wraca jak bumerang:).
PS. Przy okazji muszę się wytłumaczyć z blogowych zaległości. To znaczy tak naprawde nie mam zamiaru się tłumaczyć z niczego;). Dużo się ostatnio w moim życiu dzieje i blog niestety spadł na ostatnie chyba miejsce na liście priorytetów. C'est la vie...Ale mam nadzieję, że jak poukładam tylko to i owo, wrócę ze zdwojoną siłą;).
Fotki:Milena
Etykiety:
DIY,
mangooutlet
Subskrybuj:
Posty (Atom)














